Robert Wabich zwycięstwo w „Tańcu z gwiazdami” świętował w Szczecinie

Czytaj dalej
Małgorzata Klimczak malgorzata.klimczak@polskapress.pl

Robert Wabich zwycięstwo w „Tańcu z gwiazdami” świętował w Szczecinie

Małgorzata Klimczak malgorzata.klimczak@polskapress.pl

Aktor od lat dzieli życie między Szczecin i Warszawę i jest mu z tym dobrze.

Jest pan drugim po Agacie Kuleszy aktorem ze Szczecina, który wygrał „Taniec z gwiazdami”.

Z Agatą byliśmy w kontakcie w trakcie tego turnieju. Była nawet w studiu ze Stefano Terrazino, z którym tańczyła. Rozmawialiśmy o tańcu i gratulowała mi.

Co pana skłoniło do wzięcia udziału w tym programie?

Złożono mi taką propozycję. Byłem bardzo zdziwiony. Ale myślę, że to było konsekwencja serialu „Powiedz tak”, który zrobiliśmy w Polscacie. Miałem zaszczyt tam grać absztyfikanta Marysi Pakulnis. Uważałem, że się do tego nie nadaję, bo to nie moja bajka. Każdy tańczył gdzieś tam w dyskotece, ale to jest zupełnie inna dyscyplina sportu. Mówię sportu, bo miałem partnerkę, Hannę Żudziewicz, a Hania jest mistrzynią świata w tańcach standardowych, więc nie było łatwo. Oczywiście jestem aktorem, więc zdarzało się, że gdzieś tam musiałem się trochę poruszać, ale to nie był taniec towarzyski w takim wymiarze. Na początku w programie był jeden taniec, a potem trzy. Nie wiedziałem co się dzieje wokoło. Było bardzo dużo choreografii, a ja nie wszystko zapamiętywałem. Byłem dumny z siebie jak się udało zejść i nie pomylić kroków. W paru tańcach się pomyliłem, ale to było nieuniknione, bo mieliśmy 4 dni na przygotowanie trzech tańców. Mimo że jestem prawie 30 lat na scenie, w filmie czy w serialu, to jednak jest to inny rodzaj tremy. Tutaj jest półtorej minuty na taniec i nie ma możliwości powtórzenia. Trzeba wyjść i zatańczyć. Mogłoby się wydawać, że aktorstwo pomaga w takiej sytuacji, ale jednak nie. W pierwszych odcinkach nie wiedziałem co się dzieje. Nie wiedziałem ile punktów dostaliśmy za taniec. Naprawdę byłem tym przejęty.

Mówi pan o takich psychicznych odczuciach, a fizycznie jak pana organizm znosił taki maraton taneczny?

Mój organizm znosił to okropnie. Po drugim dniu treningów już chciałem uciekać. Bolało mnie wszystko. Śmiałem się, że objawiło mi się 200 nowych mięśni i wszystkie mnie bolały. To jest inny rodzaj ruchu. Ta sławna rama, głowa, którą się trzyma w odpowiedni sposób. To wszystko wydawało mi się tak nienaturalne i w moim wykonaniu tak karykaturalne, że mój organizm bronił się przed tym. Mówiłem, że organizm odrzuca choreografię. Każdy mój ruch był dokładnie obserwowany przez Hanię i tak po 8 godzin dziennie. Hania nie słuchała tego co ja mówię, więc w końcu przestałem się skarżyć, a potem się okazało, że wszystko wszystkich boli.

W Szczecinie miał pan grono osób, które panu kibicowały. Szczególnie w Teatrze Polskim.

Oczywiście. W teatrze moi koledzy, którzy w życiu nie oglądali „Tańca z gwiazdami”, tym razem na stojąco, w nerwach oglądali moje występy. Niektórzy mieli nawet łzy w oczach. To było coś pięknego. Nigdy mnie tak nie witali w teatrze, jak wtedy, kiedy wróciłem z Kryształową Kulą. Wszyscy sobie robili zdjęcia. Ale nie tylko w teatrze mi kibicowali. Miałem sygnały z całej Polski. W życiu się nie nasłuchałem tylu komplementów, a nie bardzo umiem to przyjmować. Byłem zakłopotany.

Zaczął pan być bardziej rozpoznawalny na ulicach?

Być może. Nigdy się tym specjalnie nie przejmowałem. W Warszawie, gdzie pracuję, czasami tramwaj się ożywia, ale to naturalne.

Nie odczuwa pan żalu, że przy tak bogatym dorobku filmowym, jeden program rozrywkowy dał panu większą popularność niż filmy?

Zdaję sobie sprawę z tego, że taki jest ten zawód. W „Tańcu z gwiazdami” bardzo ciężko pracowałem. Ale często jest tak, że to co robimy w filmie nie ma tak medialnego odzewu jak to, co robimy w tego typu programach. Wiedziałem, że to się tak skończy. Ale to jest jeden z ostatnich kulturalnych programów, w którym nie musiałem się strasznie wygłupiać. My tylko tańczyliśmy i było to bardzo ładnie pokazane. Poza tym chciałem ocieplić swój wizerunek, bo jestem kojarzony w filmie głównie z czarnymi charakterami typu gangster, zły policjant.

Skąd to się bierze, że reżyserzy obsadzają pana w rolach czarnych charakterów?

Nie wiem. Kiedyś robiłem dużo reklam telewizyjnych i tam byłem przedstawiany jako ciepły tata. Ktoś mi nawet powiedział, że mam twarz wzbudzającą zaufanie. A w filmie co propozycja, to kogoś biję, co jest mi bardzo obce.

Zaszufladkowano pana jako czarny charakter?

Ktoś kiedyś powiedział, że aktor to jest zawód wysokiego ryzyka. Jesteśmy predestynowani do jakiego rodzaju ról, a wychodzi zupełnie inaczej. Najlepiej by było, gdybyśmy robili bardzo różne rzeczy. Rozumiem kolegów, którzy po kilku latach grania w serialu lekarza mają dość. Dla aktora ważna jest różnorodność. Tego doświadczyłem w „Tańcu z gwiazdami”, bo tam były różne tańce, różne klimaty. Hania się przejmowała drobiazgami jak np. czy palce będą na zewnątrz czy do wewnątrz. A ja dbałem o to, żeby był wyraz. Jeśli tańczy mężczyzna z kobietą to musi być między nimi jakaś chemia. Muszą to pokazać. Teraz mam czas, żeby obejrzeć poszczególne odcinki i patrzę na siebie jak na obcego faceta. Nawet wymyśliłem dowcip o sobie: tańczę lepiej niż umiem. Świetnie się bawiłem. Lepiej bym sobie tego nie wymyślił.

A wymyśliłby pan, że będzie pan aktorem jednego z najbardziej uznanych współczesnych polskich reżyserów - Wojciecha Smarzowskiego?

To jest dla mnie ogromne wyróżnienie, ponieważ ja Wojtka bardzo szanuję jako człowieka. Mogę o nim mówić tylko dobre rzeczy. Jest rewelacyjnym facetem. Kiedy po projekcji filmu siedzimy całą ekipą, zawsze jesteśmy wbici w fotele. Pierwszy materiał, który zrobiliśmy z Wojtkiem to była „Kuracja”, teatr telewizji, ale pracowaliśmy razem już na studiach. Nawet kiedyś robiliśmy razem Sylwestra u Fukiera. Ja prowadziłem, a Wojtek robił wystrój. Wojtek to cudowny człowiek, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. A ja zagrałem we wszystkich jego filmach.

Pracuje pan w Warszawie, a mieszka w Szczecinie. Zazwyczaj aktorzy, którzy trafiają do Szczecina, po kilku latach wyjeżdżają. Bo jednak Warszawa daje większe możliwości. Pan nigdy nie chciał się przenieść?

Prywatnie wolę Szczecin, bo jest pięknym zielonym miastem. Nie spędzam tu pół życia w korkach. A Warszawa daje mi chleb. Ale lepiej, przyjemniej i spokojniej mieszka mi się w Szczecinie. To jest tylko 5 godzin pociągiem.

Robert Wabich

Urodził się w Kamieniu Pomorskim. Wychował się w Gryficach, gdzie ukończył szkołę podstawową. Naukę kontynuował w kołobrzeskim LO im.M.Kopernika. W latach 1988-1990 uczył się w Studium Wokalno-Aktorskim w Gdyni. W 1994 roku ukończył studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest jednym z aktorów z ekipy reżysera Wojciecha Smarzowskiego.

Robert Wabich ma na swoim koncie grę w wielu polskich filmach i serialach. Jest zwycięzcą Zawodów Aktorów Wędkarzy im. Jaremy Stępowskiego o Puchar Augustowianki, która odbyła się w dniach 6-8 lipca 2008 roku nad jeziorem Białym koło Augustowa.

W 2016 roku został zwycięzcą 6. edycji polsatowskiego programu „Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami”. Jego partnerką była Hanna Żudziewicz.

Małgorzata Klimczak malgorzata.klimczak@polskapress.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.