Prof. Mikołejko: Trzeba stać się kowalem własnej wolności

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta Barteksyta.Pl
Dorota Kowalska

Prof. Mikołejko: Trzeba stać się kowalem własnej wolności

Dorota Kowalska

O naszym losie, fatum, przeznaczeniu, o tym, czy rzeczywiście istnieją, a jeśli nie - to dlaczego właśnie nimi tłumaczymy sobie własne niepowodzenia i o tym, jak ważny jest nasz nasz bunt przeciw niesprawiedliwości i chęć życia w lepszej rzeczywistości - mówi prof. Zbigniew Mikołejko filozof, etyk, historyk religii.

Panie profesorze, wierzy Pan w przeznaczenie?
Oj, nie za bardzo. To znaczy wierzę, że los jest jakoś uwarunkowany, że życiowe nasze wybory są z tej racji ograniczone - ale w coś takiego jak przeznaczenie nie wierzę. Oczywiście, od czasu do czasu zdarzają się znaki na ziemi, które sprawiają, iż zaczynam jakby w nie wierzyć, ale to pojawia się przygodnie, przejściowo i zaraz znika. I zależy raczej od mojego emocjonalnego nastroju niż pracy myśli. Raczej więc wierzę w pewną determinację przez rozmaite okoliczności naszej egzystencji, ale ona też jest jakoś ograniczona i nie we wszystkim nas określa, nie o wszystkim stanowi.

Wiele osób jednak uważa, że nasz los gdzieś tam w górze jest zapisany, że ktoś pociąga za sznurki, niektórzy mówią: każdy ma swoją świeczkę.
Nie wierzę w to. Oczywiście, jakoś tam wierzę w pewien porządek genetyczny czy w pewien porządek kulturowy, który jest na początku i u podstawy: zjawiamy się przecież w tym, a nie innym momencie dziejów, w jakimś miejscu i w jakimś czasie. I jesteśmy poddani, często się teraz tak powiada za Michelem Foucaultem, władzy dyskursu. Czyli, innymi słowy. Rządzi nami pewien sposób mówienia, który sprawia, że raczej „jesteśmy mówieni”, niż mówimy. Ów porządek, ów dyskurs ustanawia bowiem mechanizmy i granice naszego mówienia, wskazuje, co jest zakazane, a co dozwolone, co możemy w ogóle powiedzieć i pomyśleć, a czego powiedzieć i pomyśleć się nie da. To wszystko, ta cała chmara rozmaitych uwarunkowań, nas oczywiście określa. Ale czasem zdarza się coś niesamowitego, dziwnego, coś występującego paradoksalnie jakby poza tym porządkiem - i wydaje się, że wtedy przemawia przeznaczenie.

Czyli, Pana zdaniem, sami piszemy swój los?
W jakimś zakresie, tak. Jest w końcu masa tych uwarunkowań, o których mówiłem, których nie możemy przekroczyć. Nie zmienimy tego, że urodziliśmy się w tym, a tym roku, w jakimś języku, w jakiejś kulturze, w jakimś czasie, że mamy jakąś strukturę genetyczną i coś po przodkach dziedziczymy. Ale wszystko, o czym mówię, nie jest porządkiem absolutnym i bezwyjściowym, obezwładniającym niejako. Zawsze możemy to jakoś przemienić i stać się kowalem własnego losu, choćby w ograniczonym zakresie. Zwłaszcza w naszej dobie i tutaj, na Zachodzie. Starożytny niewolnik, pracujący gdzieś w kopalni albo polu, nie mógł się stamtąd wydobyć - musiało się zdarzyć coś niesłychanego, jakiś „cud”. My natomiast mamy znacznie większą wolność - mamy wolność po prostu. I na tym między innymi postęp ludzkości polega, że coraz więcej ludzi zyskuje coraz szerszy zakres wolności. Dawne społeczeństwa były społeczeństwami zamkniętymi i nieruchomymi, opartymi na przemocy bezpośredniej i twardej, ze stanowczymi i radykalnymi podziałami społecznymi. Tam możliwość prywatnej wolności, możność bycia kowalem własnego losu, była o wiele mniejsza, a często żadna. Żyjemy więc w takiej szczęśliwej sytuacji - tutaj w Europie, na Zachodzie - że jednak mamy dużo większą szansę na walkę o siebie.

Skąd się bierze w ludziach ta determinacja, żeby o siebie walczyć, żeby swój los wykuwać? Bo też jedni tę determinację mają, inni nie.
Strasznie mi ciężko na to pytanie odpowiedzieć. Myślę jednak, że należałoby się zastanowić nad buntem, buntem przeciwko temu, co jest „zapisane” jakby brutalnie w obiegowych scenariuszach społecznych czy kulturowych. Pewnie w każdym przypadku rządzą niepowtarzalne, odrębne inne motywy, może też odzywa się genetyka, jakieś „dziedzictwo krwi”, które sprawia, że jedni odczuwają mocniej niesprawiedliwość własnego losu i przemoc dyskursu, nie godzą się z nimi, a drudzy są pokornego ducha. Ale nie wiem, skąd to się bierze, że jedni o siebie walczą, inni - nie. I niemożliwe jest chyba jednego wspólnego wzoru. Każdy musi się zatem zastanowić nad scenariuszem własnego życia i dojść tych przyczyn. Tego, że jest albo pokorny, albo zbuntowany i bierze sprawy w swoje ręce. Bo jeśli jest się zbuntowanym, to bierze się sprawy w swoje ręce - na tyle, na ile jest to możliwe.

A skąd u Pana ten bunt? Bo Pan swój los przemienił, prawda?
Jak się zastanawiam nad tym, to myślę, że zadecydowały dwa czynniki, paradoksalnie sprzeczne. Z jednej strony ważne było więc poczucie drastycznej niesprawiedliwości i represyjności - nie tylko komunizmu, ale całej patriarchalnej kultury prowincjonalnej, łącznie z religią. A z drugiej strony w samym wnętrzu tej kultury przemocy z II połowy XX stulecia budowała się jakaś droga wyzwolenia, przede wszystkim poprzez edukację. Wcześniej takiej szansy - szansy o tak rozległej skali - nie było. A świat, nawet w komunizmie, stał się światem bardziej otwartym od świata człowieka, który był wpisany w przestrzeń jednej wioski czy miasteczka kilkaset lat temu, przypisany mocno do określonej grupy społecznej z jej sztywnymi normami i wzorami egzystencji, z jej nakazami czy zakazami. Krótko mówiąc: to, że się urodziłem w tym miejscu i w tym czasie, dawało mi szansę, której nie miałbym dwieście, sto czy nawet pięćdziesiąt lat wcześniej. Wolność, kryjąca się w edukacji, istniała - i ja się jej skwapliwie chwyciłem, z powodu buntu przeciw poniżeniu, upokorzeniu, represji, które były wręcz nie do zniesienia. Nie wszyscy się tego chwycili i paskudnie przegrali swój los. Przypominam sobie kolegów z dzieciństwa, czasami bardzo zdolnych, którzy w pewnym momencie przegrali. Spotkałem niedawno siostrę jednego z nich, który był bardzo otwarty, pomysłowy i oczytany, a potem się nagle stoczył, zapił na śmierć. I ona mi mówi: „Słuchaj, on leżał przez sześć miesięcy w jakiejś lodówce - nierozpoznany przez nikogo”. A zapowiadało się, że będzie świetnie. Uczył się dobrze, dobrze się zapowiadał, ale w pewnym momencie nastąpiło coś złego - nagłe chybnięcie, wybuch alkoholizmu czy jakiegoś szaleństwa. A potem przyszedł zupełny już upadek.

Myślę sobie, że ten nasz los, to także ludzie, których spotykamy na drodze, prawda?
W jakimś zakresie - tak, ale nie do końca. Ja dlatego więc mówię o tym koledze, że on był z podobnego środowiska co ja. Z dużo lepszą sytuacją rodzinną niż moja, ale jednak z podobnego środowiska: ta sama szkoła, ta sama ulica, ci sami ludzie… Mało tego, on miał niesamowitą wyobraźnię, talent twórczy - i nagle coś się przekręciło, wszedł na równię pochyłą, coraz bardziej stromą.

A może to jest właśnie to fatum, które nad nami ciąży i w które Pan nie wierzy?
Nie wierzę w fatum. Myślę, że ów kolega, który miał w domu łaskawszą sytuację - nie było u niego przemocy domowej chociażby, był „święty spokój” - chciał szybciej dorosnąć. Wódka i starsi koledzy mu zaimponowali i wydawało mu się, że to jest sposób na dorośnięcie. A potem już poszło.

Ludzie jednak wierzą, że ciąży nad nimi jakieś fatum? Dlaczego? Tłumaczą sobie w ten sposób swoje nieszczęścia, pecha?
Tak. Nie wszystko potrafimy sobie wytłumaczyć. Przydarzają się nam i wokół nas rzeczy, na które nie mamy wpływu, wobec których jesteśmy bezradni, bezsilni, które nami miotają. Jasne, że można to wszystko tłumaczyć jakimiś mechanizmami historii, życia społecznego, kultury, jakąś psychologią czy genetyką. Ale nie można i nie da się po prostu cały czas tak racjonalnie patrzeć. Poza tym z tych wyjaśnień nie wypływa żadne remedium, żaden lek na bezradność. Bo co z tego, że żyję w okowach totalnego systemu, że go nawet rozumiem? Albo w jakiejś rodzinie doświadczającej przemocy? Albo w jakiejś strasznej biedzie? Rozumiem to wszystko, rozumiem mechanikę, ale nie jestem w stanie nic zrobić. Wtedy właśnie pojawia się pytanie: dlaczego ja? Dlaczego mi to zostało pisane, skoro inni mają lepiej? Księgi religijne czy stare mity mówią, że wszystko to z wyroku boskiego albo nakazu losu. Starożytni Grecy na przykład przywiązywali duża wagę do losu. Przeciwko jego wyrokom bogowie nawet nie mogli wierzgać, a kiedy próbowali, to ponosili karę. Asklepios, bóg lekarzy, który wskrzesił bliskiego sobie człowieka - czasem mówi się tu o kilku ludziach - został pokarany śmiercią ponieważ przeciwko wyrokom losu wystąpił: Zeus zabił go piorunem i w postaci gwiazdozbioru Wężownika przeniósł na niebo. Grecy przy tym znajdowali na nieubłaganie losu odpowiedź w twórczości artystycznej, rzemieślniczej, filozoficznej - w tworzeniu rzeczy tak, aby były dobre i piękne.

Więc myśli Pan, że ta nasza wiara w los, przeznaczenie, fatum wynika z naszej bezradności, bezsilności?
Tak, z bezradności, z niewiedzy często, z tego też, że chcemy sobie powiedzieć: „No cóż ja mogę zrobić?” Że w jakiejś mierze chcemy też usprawiedliwić nierzadko własną bezradność - czy może raczej bezczynność - wobec jakiejś sytuacji. Nie zawsze przecież działamy tak, żeby odmienić ten własny los, czasami płyniemy z falą, bo trudno nam inaczej - poddajemy się, dopadają nas stany depresyjne, lękowe, jesteśmy, najzwyczajniej, zmęczeni samym trudem istnienia. I w takich chwilach mówimy sobie: „Taki jest wyrok losu”. Tak dzieje się zwłaszcza w społeczeństwa ubogich. Spójrzmy choćby na szeroki i głęboki fatalizm Rosjan, na powszechną u nich i uderzającą „wyuczoną bezradność”. Stoi za tym odwieczne zniewolenie przez władzę, stoi odwieczna - pomijając nieliczne grupy - odwieczna bieda, stoi bierność wobec losu płynąca z przemocy i alkoholizmu, ze zniewolenia od setek lat, bardzo głębokiego i w Polsce nieznanego wspomaganego nadto przez religię, która ma bardziej pasywny i mistyczny charakter niż protestantyzm i katolicyzm, a zarazem jest „carskosławiem”, czyli stopem wiary z państwowością. No i kultem imperium, „trzeciego Rzymu”, na którego czele musi stać zawsze, niczym Bóg, jakiś baśniowy car ojczulek - który, gdyby tylko wiedział o moim nieszczęściu, nigdy nie pozwoliłby na nie i ukarał jego sprawców. Na ogół kompensuje się to przeświadczeniem, że ja wprawdzie jestem biedny i nieszczęsny, ale to jest mój wybór religijny i moralny - tak poświęcam się dla wielkiego imperium, dla „świętej Mateczki Rusi”. Czasem jednak to wszystko eksploduje - dzikim i barbarzyńskim buntem przeciw wszelkiemu ładowi.

To tak, tylko czym sobie tłumaczyć, że jedni się starają, bardzo chcą i nic im w życiu nie wychodzi, a inni wręcz przeciwnie - zdobywają szczyty nie wysilając się za nadto.
No właśnie: mówi się o „uśmiechu losu”. Tak bywa, oczywiście. Wyolbrzymiamy przy tym bardzo często znaczenie takich „uśmiechów losu”. Tymczasem jest nas parę ładnych miliardów, więc działa tutaj czysta statystyka - i rachunek prawdopodobieństwa. Na tych ileś tam miliardów istnień ludzkich, które żyły ongiś i żyją teraz na naszej planecie, musi się pojawić ileś tam szczęśliwych bez zasługi, jakby z przypadku. I od czasu do czasu wyciągamy królika z kapelusza czy też wygrywamy szóstkę w lotto. Nie ma żadnego tajemniczego sposobu, „systemu”, żeby wygrać w lotto, żeby mieć trafienie, jednak co i rusz ktoś ją trafia. Parę lat temu była rodzina bezrobotna ze Śląska, która trafiła szóstkę dwa razy w tygodniu: w poniedziałek i środę, dwa razy pod rząd trafiła główną wygraną, w ciągu jednego tygodnia.

Naprawdę? Aż taki „uśmiech losu”?
Tak. Los się do nich uśmiechnął, w ciągu trzech dni dwie główne wygrane, milionowe.

I jak sobie to racjonalnie wytłumaczyć, Panie profesorze?
To tylko statystyka. Przecież miliony ludzi kupuje losy, któreś z nich muszą wygrać. Trzeba by o to pytać specjalistów od probabilistyki, oni zresztą wyliczyli, jakie jest prawdopodobieństwo wygranej i komuś od czasu do czasu może się to zdarzyć, a że zdarzyło się to tam na Śląsku, w dodatku bezrobotnej rodzinie i to dwa razy pod rząd - cóż, tak bywa. Ale to sytuacje tak wyjątkowe, tak wymowne, że przywiązujemy do nich ogromną wagę. Kilka milionów tych, którzy skreślili jakieś liczby na kilku, kilkudziesięciu czy kilkuset kuponach - którzy, co więcej, czynią to niekiedy od lat - nie wygrało. A ci ze Śląska - proszę bardzo. Dlaczego tak? Fatum czy jakaś magia? A tymczasem sprawa jest brutalnie prosta: zadziałało tzw. prawo wielkich liczb. I już.

Może więc to fatum, ten los bywa dla nas dobrą wymówką, usprawiedliwieniem, bo chyba łatwiej jest żyć, jak wszystko jest w górze zapisane. Nie ma po się szarpać, walczyć - nic nie możemy przecież zmienić.
Jasne, to bywa dla nas usprawiedliwieniem, a czasami - tak, jak powiedziałem - wytłumaczenie naszej bezradności, nierzadko wyuczonej bezradności. To cecha, którą nabywamy dzięki otoczeniu, kulturze. Mówiłem o Rosji, ale w naszym społeczeństwie też to pokutuje. Pamiętamy te słowa z „Wesela” Wyspiańskiego, kiedy chłop Czepiec mówi o pańskich dążeniach do niepodległości: „Duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!”. My też - nierzadko - „nie chcema chcieć”, prawda?

To między innymi historia rodzin popegeerowskich, gdzie bezrobocie i pewna życiowa bezradność była przez lata, a może jeszcze jest, przenoszona z pokolenia na pokolenie.
Tak. I na dodatek zawsze tam się objawiało nadopiekuńcze państwo, co zrodziło w tych ludziach takie przeświadczenie, że ja nic nie muszę, ode mnie się niczego nie oczekuje, ja sobie tak istnieję i z samego tego istnienia różne rzeczy mi się automatycznie należą. W Polsce są miliony takich osób. Obecna sytuacja jest dla nich znakomita, bo nic nie muszą. Niedawno czytałem reportaż o osobach, które biorą 500 złotych na dziecko i inne jakieś świadczenia. Były to oczywiście historie różne, także historia jakiejś matki, która dostała w marcu siedem tysięcy złotych. Dzieci jest w tej rodzinie trójka czy czwórka, każde z innym mężczyzną, alkohol jest tam „w ciągłej dostawie” - a ta kobieta, która nie pokalała się żadną pracą i żadną odpowiedzialnością, dostaje taką „kasę”. Kto tyle dostaje? Oczywiście nie jest to reguła, ale rzecz częsta. Krótko mówiąc: w znacznej mierze, bo nie we wszystkich przecież wypadkach, tego typu świadczenia podtrzymują „wyuczoną bezradność” i wypychają ludzi z rynku pracy, odbierając im szansę na przyszłość. No bo po co pracować za 1400 złotych, skoro „za dziecka” dostanę 1500 albo 1000 złotych? Co będzie jednak wtedy, kiedy forsa „za dziecka” przestanie płynąć?

Panie Profesorze, jak ważni byli dla Pana ludzie, których Pan spotkał na swojej drodze?
To były oczywiście osoby z różnych środowisk - ja długo już żyję i wielu ludzi spotkałem na swej drodze. Ale byli też to ludzie, których biografie po prostu przeczytałem. To bardzo ważna rzecz: bo - mówiąc o istotnych dla nas postaciach - myślimy często jedynie o osobach fizycznych. Często spotyka się ludzi, o których się czyta albo których się widzi w kinie czy telewizji - i chce się być nimi. Chce się „być jak Kazimierz Deyna”. Jak Karol Darwin, Leonardo albo Marylin Monroe. To pragnienie jest bardzo silne i twórcze. W czasach mojego dzieciństwa i mojej młodości figury takie wzorcowe postacie, takie autorytety, nawet fikcyjne czy legendarne, jak Robin Hood albo Michał Wołodyjowski, były niezmiernie doniosłe - o nich się czytało, widziało się je w kinie. Teraz natomiast, kiedy następuje „rozmydlenie” wyrazistych systemów wartości i ucieleśniających je autorytetów, kiedy mówi się o ich powszechnym upadku - trudno je znaleźć. Ale też jednak są, jednak jakoś istnieją - tyle tylko, że kształtują je inne media. Pytanie jednak, czy to są dobre wzory, dźwigające nas ku lepszemu losowi, czy takie destrukcyjne. Ach, jest jeszcze i wątek retrybucji, który pominęliśmy w naszej rozmowie…

Retrybucji?
W Piśmie świętym istnieje problem, ważny nie tylko dla wierzących: odpowiedniej odpłaty dla godziwych i niegodziwych. W starszych księgach Pisma mocno jest jeszcze obecna idea, że dokonana się to za życia: bogobojni patriarchowie zostają więc nagrodzeni za życia - stadami, ziemią, źródłami wód, szacunkiem społecznym, licznymi żonami i potomkami. Później jednak autorzy Biblii zaczynają dostrzegać, że nie ma sprawiedliwości tutaj, na ziemi, że złym i niesprawiedliwym często powodzi się dobrze, a ludziom dobrze czyniącym dzieje się podle. Księga Hioba czy Księga Koheleta to dramatyczne już świadectwa załamania się wizji tej retrybucji ziemskiej. W konsekwencji pojawia się idea odpłaty pośmiertnej, za grobem. I dowiemy się ostatecznie, że łatwiej będzie przejść wielbłądowi przez ucho igielne niźli bogaczowi posiąść królestwo niebieskie.

Panie Profesorze, ja cały czas mam w głowie zdanie, które Pan kiedyś powiedział: „Wolność płynie z brzucha, z wnętrza, ze sposobu życia i oddychania”.
Tak, wolność trzeba ćwiczyć w codziennej praktyce egzystencjalnej, w praktyce życia. Trzeba domagać się od siebie samego, żeby żyć w wolności. Tak bym powiedział. Nie od innych żądać, żeby nam dali wolność, ale domagać się jej od siebie. Trzeba stać się kowalem własnej wolności, bo nie ma innego sposobu na to, by poradzić sobie z rzeczywistym lub rzekomym jedynie zniewoleniem nas przez los.

Dorota Kowalska

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.