Moje kresy. Cmentarz w Złoczowie

Czytaj dalej
Fot. Ze zbiorów Katarzyny Próchnickiej-Pajowej z Poznania.
Stanisław S. Nicieja

Moje kresy. Cmentarz w Złoczowie

Stanisław S. Nicieja

Na cmentarzu w Złoczowie oprócz opisanego już w poprzednich odcinkach Mauzoleum Orląt Złoczowskich zachowało się do dziś w dobrym stanie kilkaset starych polskich nagrobków.

W pobliżu mauzoleum natrafiamy na wielką zbiorową mogiłę, w której pochowano ponad 600 osób zamordowanych przez NKWD, w większości niezidentyfikowanych z nazwiska (jedne źródła podają 611, inne 649 osób). Leżą tam zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Mordu na dziedzińcu zamku Sobieskich dokonali wycofujący się z miasta enkawudziści i zabitych zakopali w dołach pod murem zamkowym. Po zajęciu Złoczowa przez Niemców gestapowcy zmusili złoczowskich Żydów do rozkopania tych dołów, wydobycia stamtąd ciał i przeniesienia zwłok na cmentarz. Rozpoznano wówczas niektóre ofiary. Wśród zabitych był m.in. ks. Jan Szewczyk (1908-1941) - syn organisty, aresztowany 25 czerwca 1941 roku przez Sowietów, gdy wracał z kościoła. Jego zwłoki rozpoznała Stefania Kutna - po skarpetkach, które księdzu cerowała. W zbiorowej mogile spoczywa również dr Józef Golicz, którego zwłoki zidentyfikowała żona. Był to oficer w randze pułkownika, pełniący przed wojną funkcję dyrektora szpitala wojskowego w Złoczowie. Rodzina Goliczów mieszkała na Folwarkach (3 km. od Złoczowa) i w Jelechowicach (4 km. od Złoczowa). Rozpoznano również ciało dwudziestoletniego Antoniego Bidnego.

Wśród niezidentyfikowanych osób pochowanych w tej zbiorowej mogile była najprawdopodobniej Lucyna Adamiecka, nauczycielka, żona oficera z 12 pułku. Wiele wskazuje również, iż wśród zamordowanych był Szczepan Mokrzycki, dziadek obecnego metropolity lwowskiego - arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego.

Prawie wszyscy Żydzi, którzy pracowali przy ekshumowaniu ofiar zbrodni NKWD, zostali przez Niemców rozstrzelani. Cudem tę egzekucję przeżył 17-letni Szlomo Wolkowicz, syn pracownika fabryki tytoniu w Jagielnicy. Szlomo był wśród Żydów spędzonych na dziedziniec zamku w Złoczowie, którzy mieli wydobyć spod muru zamkowego ciała zabitych Polaków i Ukraińców. Gdy Żydzi wykonali to zadanie, przywieziono ich w to samo miejsce - na dziedziniec zamkowy - i salwami z broni maszynowej zabijano. Szlomo, przysypany trupami, w nocy wydobył się spod sterty zwłok, uciekł ze Złoczowa i dzięki polskiej rodzinie przeżył wojnę. Po pięćdziesięciu pięciu latach, w 1996 roku, przyjechał do Złoczowa i na dziedzińcu zamku opowiedział swoją historię reporterom telewizji polskiej. Powstał film pt. „Powrót na własny grób”, którego bohaterem był Szlomo Wolkowicz.

Enkawudziści przed ucieczką na wschód z zasady mordowali więźniów. Największych zbrodni dokonano w Łucku (około 2 tysięcy), we Lwowie na Łąckiego, w Tarnopolu, Równem, Dubnie itp. Michał Kutny był jednym z aktywnych inicjatorów postawienia krzyża na cmentarzu w Złoczowie na tej zbiorowej mogile zamordowanych przez NKWD.

W nocy z 21 na 22 września 1939 roku na zamku w Złoczowie rozstrzelano 10 Polaków. Wśród nich był kierownik Wydziału Śledczego Policji Władysław Czajkowski, naczelnik złoczowskiego więzienia Władysław Klimecki, jego zastępca Kazimierz Kuczmierowski, wiceprokurator powiatowy M. Łukaszewski, starosta Jan Płachta, komendant powiatowy złoczowski Władysław Dańczuk oraz policjanci: K. Szulik, L. Ćwikliński, T. Drozdowski i Leon Winowiecki.

Na złoczowskim cmentarzu są trzy kaplice, z których dwie nie mają już żadnych inskrypcji. Trzecia, neoromańska, niestety obecnie w złym stanie, należy do znanej złoczowskiej rodziny Wesołowskich i spoczywają w niej m.in. dr Józef Wesołowski (1817-1891) - adwokat, poseł na Sejm Krajowy i wiceprezes Rady Powiatu Złoczowskiego - oraz jego syn Stanisław Wesołowski (1852-1923) - notariusz, były burmistrz Złoczowa.

Na cmentarzu złoczowskim są nagrobki tamtejszych kapłanów, proboszczów - ks. Jana Stachowa (1832-1906), ks. Franciszka Ksawerego Posochowskiego (1814-1881), ks. Stanisława Wałęgi (1874-1933) i ks. Stanisława Kołychanowskiego (1890-1936), który spoczywa wspólnie z ojcem, doktorem Józefem Kołychanowskim (1842-1900) - lekarzem powiatowym w Złoczowie, a także ks. Michał Sztyrak - katecheta gimnazjalny, inscenizator jasełek, syn budowniczego domów w Złoczowie.

Na cmentarzu tym spoczywają również dziadkowie jednego z wybitnych krytyków i znawców literatury polskiej Jana Błońskiego Maciej (1860-1926) i Wanda Antonina z Bernhardtów (1859-1927) Błońscy oraz spokrewnione z nimi rodziny Zipserów, z której pochodzą dwaj wybitni uczeni: prof. Kazimierz Zipser (1875-1961), inżynier kolejnictwa, rektor Politechniki Lwowskiej i jego syn, prof. Tadeuszy Zipser (rocznik 1930), architekt, rektor Politechniki Wrocławskiej. Jest tam też grób pierwszego dyrektora gimnazjum złoczowskiego - Seweryna Płachetki (1839-1886), profesora gimnazjum Eliasza Charaka (1882-1932) oraz wielu złoczowskich notariuszy, wojskowych, lekarzy, urzędników i inspektorów szkolnych. Spoczywają tam też: Adam Bartkiewicz (1849-1912) - radca Sądu Krajowego, Edward Mutka (1841-1888) - złoczowski poczmistrz, Aleksy Hubl - prezes sądu w Złoczowie - oraz jego małżonka Maria z Elsnerów Hublowa, Edmund Roman Rossowski (1860-1892) - literat, Antoni Maksymczuk (1865-1926) - dyrektor szkoły (stela z czarnego marmuru wykonana w lwowskiej firmie L. Schimsera), sędzia Stanisław Maly (zm. 1938) - dziadek znanej poznańskiej polonistki Katarzyny Próchnickiej-Pajowej (1932-2015), która przez wiele lat była zastępczynią Konrada Drzewieckiego, twórcy i dyrektora słynnego Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu.

Piękny pomnik wzniesiono na mogile Eugeniusza Kuryłowicza (1846-1905), który spoczywa wspólnie z córką Andzią, zmarłą w wieku 23 lat. I to jej twarz ma wyrzeźbiona w marmurze postać pięknego, uskrzydlonego anioła. Drugi anioł, uchwycony w locie, znajduje się na grobie rodziny Chorzemskich. Niestety, ostatnio figurze odbito nogi i ręce. A jest to rzeźba najwyższej klasy artystycznej, która mogłaby być umieszczona nawet przy głównych alejach Cmentarza Łyczakowskiego.

Na cmentarzu złoczowskim są dwa nagrobki młodych dziewcząt - Wandy Wodnickiej (zm. 1855) i Zofii Heynówny (1881-1897) - córki właściciela kancelarii adwokackiej dr. Ludwika Heyne (1838-1912), burmistrza Złoczowa oraz siostry Tadeusza Heyne (1883-1959) - pioniera motoryzacji i lotnictwa w Polsce. Obie dziewczyny zmarły w młodym wieku i rodzice wznieśli im dodatkowo piękne i okazałe pomniki z białego i czarnego marmuru wewnątrz kościoła parafialnego w Złoczowie. Przy epitafium Wandy Wodnickiej stoi rzeźba żałobnicy z wiankiem w ręku, a przy epitafium Heynówny zasmucony, skrzydlaty Hypnos - bóg snu.

Oczekiwanie na powrót

W Złoczowie w okresie międzywojennym działała spółka handlowa Juliana Bojanowskiego (1916-1967) i Michała Świderskiego (1918-1944?) - właścicieli sklepów. Była to firma rodzinna - Bojanowski i Świderski mieli żony, które były siostrami, córkami Piotra Myślińskiego - właściciela zakładu garncarskiego w Gawarczyźnie i Białym Kamieniu pod Złoczowem. Michał Świderski wspólnie z żoną Stefanią z Myślińskich (1921-2016) mieszkali przy ulicy Brodzkiej 15. Gdy na przedmieściach Złoczowa zaczęły się banderowskie mordy na ludności polskiej, Świderski w styczniu 1944 roku postanowił wywieźć swą żonę z jednoroczną córką Janiną do krewnych w Krakowie. Sam wrócił do Złoczowa, aby zlikwidować majątek i zabezpieczyć los będących w podeszłym wieku rodziców - Świderskich i Myślińskich. Miał przyjechać do żony w Krakowie w ciągu miesiąca, po załatwieniu najpilniejszych spraw.

Stefania Świderska czekała cierpliwie, choć musiała przenieść się do Grybowa, a później do Brzeska-Okocimia. Wieści od męża urwały się z dnia na dzień. Nie przychodziły listy, nie dawał znaku życia. Gdy skończyła się wojna i przez Czerwony Krzyż rozdzielone rodziny nawiązywały z sobą kontakt, niepokój Stefanii sięgnął zenitu. Wybrała się wówczas do Oławy, w której osiadło wielu ekspatriowanych złoczowian, aby tam szukać śladów męża bądź jakiejkolwiek informacji o nim. Po tej wizycie zdecydowała się osiedlić na stałe w Domaniowie pod Oławą, bo mieszkali tam głównie przesiedleńcy z podzłoczowskiej wioski Usznia. Ciągle nie dopuszczała myśli, że mąż mógł zostać w Złoczowie zabity. Każde pukanie do drzwi było dla niej nadzieją, że wraca.

Ten nastrój oczekiwania udzielił się jej dorastającej córce Janinie, uczennicy szkół oławskich, której zdarzało się, iż w twarzach różnych mężczyzn dopatrywała się rysów swego ojca. Żyła wspólnie z matką w oczekiwaniu na jakiś znak, na jakiś ślad, na jakikolwiek sygnał o tym, co stało się bądź dzieje z jej ojcem.

Po 30 latach od wyjazdu ze Złoczowa, w lecie 1975 roku, Stefania Świderska zdecydowała się na wyprawę do rodzinnego miasta. Po wielkich trudach załatwiła odpowiednie dokumenty, które umożliwiły jej tę wyprawę do radzieckiego, zamkniętego dla turystów Złoczowa. Tam, po intensywnych poszukiwaniach, spotkała staruszkę - znajomą jej rodziców. Od niej dowiedziała się, iż jej mąż Michał Świderski wspólnie z jej matką Marią Myślińską zostali zabici przez banderowców, a ich ciała wrzucono do studni na przedmieściu Złoczowa. Była przy tej zasypanej studni, ale nie uwierzyła w informacje starej Ukrainki. Wróciła do Domaniowa i dalej wyczekiwała na powrót męża.

Jej córka Janina Świderska po ukończeniu liceum w Oławie, gdzie uczyła się wspólnie z koleżankami ze Złoczowa: Ireną Pokutycką (córką muzyka, po wojnie farmaceutką w Oławie), Marią Pawliszyn (córką właściciela fermy drobiu w Oławie) i Haliną Bliskowską, i po studiach we Wrocławiu (najpierw w studium nauczycielskim, a później na uniwersytecie) została nauczycielką. Wyszła za mąż za Bolesława Czerniawskiego - kresowiaka z okolic Zbaraża, nauczyciela matematyki w Technikum Mechanicznym w Kłodzku, i przez lata pracowała w Państwowym Domu Wczasów Dziecięcych w Dusznikach-Zdroju oraz do czasu przejścia na emeryturę przez trzy kadencje była dyrektorką Zespołu Szkół Specjalnych w Nowej Rudzie.

Wtedy - czytamy w jej wspomnieniach - pokochałam ziemię kłodzką i tam znalazłam swoje miejsce. Przeszłam ten skrawek Polski wzdłuż i wszerz i znam każdy zakątek Kotliny Kłodzkiej, mieszkając i pracując w Dusznikach, Kłodzku i Nowej Rudzie. Tam urodziły się moje dzieci - syn Arkadiusz i córka Katarzyna.

Mój rodzinny Złoczów znam tylko z opowiadań, głównie mamy. W moich snach i wyobrażeniach jest to piękne miasteczko, otoczone złotymi łanami zbóż, a jesienią wyzłocone klonami i jarzębiną. Złoczów to moja radość i ból, to sielanka i trwoga, to gniazdo rodzinne i utracony raj. Zostało mi to wieczne wyczekiwanie - moje i matki - na powrót ojca. Ciągle mam świadomość, że może wróci, że nie wrzucono go do tamtej złoczowskiej studni.

List Anny Czerwińskiej

Spośród otrzymanych ostatnio od czytelników listów szczególnie bogaty w treści okazał się ten od Anny Czerwińskiej - właścicielki słynnej opolskiej „Grabówki”, mającej opinię jednej z najlepszych naleśnikarni w kraju. Oto jego treść.

Na fotografii ilustrującej Pański artykuł o złoczowskim garnizonie ku memu wielkiemu zaskoczeniu i radości rozpoznałam moją kochaną Mamę - Marię Porembską (1909-1969). Mieszkam na Zaodrzu, w dzielnicy Malarzy, i w czasie powodzi straciłam wszystkie rodzinne zdjęcia, które moi rodzice przywieźli ze Złoczowa do Opola.

Mój tata, Kazimierz Porembski (1893-1954), był starszym wachmistrzem w 22 Pułku Ułanów stacjonującym w Brodach. Był tam dowódcą szwadronu. Urodzony w Zasławiu na dzisiejszej Ukrainie, w czasie I wojny światowej mieszkał z rodziną w Odessie i tam doświadczył wielkiej tragedii, bo podczas rewolucji 1917 roku zginęli wszyscy jego krewni. On przedostał się do Francji i trafił do armii gen. Józefa Hallera. W jej szeregach wrócił do Polski w 1919 roku. Po ukończeniu podchorążówki w Grudziądzu został zawodowym żołnierzem. W 1930 roku poślubił moją mamę - Marię Muzyczkę.

Mój dziadek, Teodor Muzyczka (1888-1942) był pracownikiem lwowskiej PAST-y, czyli Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej, stworzonej przez Szweda Larsa Ericssona. Pracował tam jako konserwator linii telefonicznych, natomiast moja babcia Aniela z domu Schönborn Muzyczka (1889-1960), córka austriackiego kolonisty, była z wykształcenia akuszerką. Pracowała w lwowskich szpitalach, prowadząc jednocześnie aktywną praktykę prywatną.

Po ślubie Maria i Kazimierz Porembscy zamieszkali w Złoczowie. Wiodło im się dobrze. Ojciec miał ordynansa, a ja opiekunkę. Mama była ofiarną działaczką w Kole Rodzin Wojskowych. Na zdjęciu, na którym ją rozpoznałam, jest właśnie ze mną w ciąży. To był koniec naszych szczęśliwych dni w Złoczowie. Urodziłam się 26 maja 1939 roku, a trzy miesiące później wybuchła wojna. Ojciec otrzymał rozkaz, aby wycofywać się ze swym oddziałem w kierunku Rumunii, ale pod Zaleszczykami zrezygnował z przekroczenia granicznego mostu i postanowił wrócić do żony i kilkumiesięcznej córki. Niestety, nie miał szczęścia. Wpadł w ręce enkawudzistów i trafił do więzienia w Tłumaczu. Mama w tym czasie, wspólnie ze mną, przeniosła się do Lwowa, do swoich rodziców. Dziadek ukrywał się przed bolszewikami i zmarł w 1942 roku, a babka pracowała jako akuszerka. Była wielka bieda. Mama zatrudniła się jako konduktorka tramwajowa.

W 1943 roku niespodziewanie, nie wiadomo skąd, bo nigdy o to rodziców nie pytałam, przyjechał do Lwowa ojciec. W 1945 roku opuściliśmy Lwów i wspólnie z mamą, babką i moim jednorocznym bratem Januszem przez Kraków dotarliśmy w grudniu do Opola. Zamieszkaliśmy na Zaodrzu przy ulicy Grottgera. W pobliżu mieszkali nasi znajomi ze Lwowa - Stefania i Włodzimierz Byczkowie z synem Kazimierzem. Ojciec przez cały czas chorował. Zmarł w styczniu 1954 roku. Babka Aniela przez wiele lat pracowała jako akuszerka. Szczególnie na Zaodrzu odebrała wiele porodów. Zmarła w 1960 roku, w wieku 71 lat. Rok później zmarła moja mama - Maria Porembska. Wszyscy spoczywają na cmentarzu na Półwsi. Zdjęcie mojej mamy jako młodej żony wachmistrza w Złoczowie bardzo mnie wzruszyło, tym bardziej że ukazało się w NTO w dniu moich urodzin. Nie znałam go i nie potrafię wymienić nazwiska żadnej innej osoby ze zdjęcia, a mamy już o to nie zapytam.

Anna Porembska w 1961 roku wyszła za mąż za pochodzącego również z Kresów, z Dubna na Wołyniu, Ryszarda Czerwińskiego (rocznik 1938). Jest to dzisiaj w Opolu znana rodzina - przede wszystkim jako twórców i właścicieli, można rzec, kultowej w Opolu naleśnikarni „Grabówka”, przy placu Wolności nad Młynówką, gdzie zawsze rozbrzmiewa francuska piosenka.

Anna z Porembskich Czerwińska ukończyła w Opolu Technikum Finansowe i przez lata pracowała w cementowni w Groszowicach, a później w Przedsiębiorstwie Usług Reklamowych „Reklama”. Jej mąż, Ryszard Czerwiński, przez wiele lat prezesował w spółdzielniach inwalidów - „Odnowa”, a następnie „Perspektywa” i przez 12 lat był radnym miasta Opola.

Pomysł na stworzenie w Opolu słynnej naleśnikarni „Grabówka” wyszedł od brata Anny - Janusza Porembskiego (1944-1991), niezwykle malowniczej postaci. W Opolu miał opinię bon vivanta. Urodzony we Lwowie, trafił do Opola jako dziecko i po ukończeniu Technikum Mechaniczno-Odlewniczego w Ozimku i krótkim okresie studiów historycznych na opolskiej WSP trafił do Paryża. Tam, na Sorbonie ukończył studia filmowe. Nakręcił wiele filmów popularnonaukowych o tematyce przyrodniczej i medycznej. Żonaty z opolanką, Danutą Sąsiedzką - absolwentką polonistyki WSP w Opolu, córką Tadeusza Sąsiedzkiego (1904-1979), przedwojennego wicestarosty w Zbarażu, a po wojnie radcy prawnego i pracownika działu inwestycji WSP w Opolu, mieszkał w Paryżu. Pracował w telewizji francuskiej. Wiodło mu się dobrze, wspomagał więc siostrę i szwagra, którzy odwiedzali go we Francji. On też namówił ich, aby otworzyli w Opolu naleśnikarnię, i pomógł im zakupić specjalistyczne urządzenia do wypieku francuskich naleśników. Taki był początek słynnej „Grabówki”.

Janusz Porembski zmarł młodo, w wieku 47 lat, w szczycie rozwoju swego talentu. Opole zawsze było mu bliskie. Jego wolą było spocząć na cmentarzu na Półwsi przy rodzicach i babce Anieli. I tak się stało.

Stanisław S. Nicieja

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.