Zbigniew Bartuś

Hajda na Polaków: kłamliwa kampania

Polski hydraulik stał się przed laty straszakiem dla nieświadomych prawdy Francuzów Fot. fot. Polska Organizacja Turystyczna Polski hydraulik stał się przed laty straszakiem dla nieświadomych prawdy Francuzów
Zbigniew Bartuś

Kontrowersje. Nie uchodźcy z krajów islamskich ani terroryści, lecz polski hydraulik, budowlaniec i kierowca stali się nośnym tematem kampanii wyborczej nad Sekwaną.

„Polski imigrant” jako rzekomo palący problem gospodarczy nie schodzi dziś z ust polityków w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Belgii, Norwegii czy też Holandii. Nie po raz pierwszy. Dwanaście lat temu straszeni „polskim hydraulikiem” Francuzi odrzucili Konstytucję Europejską. W najbliższą niedzielę dokonają wyboru pomiędzy Marine Le Pen a Emmanuelem Macronem.

Wielu Francuzów żąda zatrzymania ekspansji polskich pracowników, choć na pracy Polaków zyskuje przede wszystkim Francja.

Le Pen jest otwarcie ksenofobiczna. Macron uchodzi za polityka proeuropejskiego, ale to właśnie jego imię („Loi Macron”) nosi uchwalona dwa lata temu „ustawa o rozwoju, działalności i równych szansach gospodarczych”. Jako minister gospodarki w lewicowym rządzie Manuela Vallsa stworzył przepisy „w obronie francuskich firm i pracowników przed nieuczciwą konkurencją nowej Unii”. Czyli głównie Polski.

Nasze firmy i produkty podbijają Europę od chwili wejścia Polski do UE. Mateusz Morawiecki, wicepremier, minister rozwoju i finansów, zwraca uwagę, że początkowo nikt nie protestował, „bo byliśmy malutcy”. Dziś jednak odbieramy rynek potentatom, a w niektórych branżach - np. w budowlance i logistyce - brylujemy, co wzbudza niepokój. Na zachodzie UE mamy ok. pół miliona pracowników polskich firm usługowych, a latem nawet 800 tys. Połowa z tego w Niemczech, 10 proc. nad Sekwaną, nieco mniej w Belgii.

- Te trzy kraje działają wbrew traktatowej swobodzie przepływu usług. Celem jest wyrugowanie Polaków z rynku - komentuje Piotr Wołejko, ekspert Pracodawców RP.

Francuzi i Belgowie od ponad roku próbują zaostrzyć kompromisową unijną dyrektywę o pracownikach delegowanych. Zawiera ona przepisy, na podstawie których firmy z jednego kraju UE (np. Polski) mogą wysyłać swych pracowników do pracy w innych krajach (np. Francji). Proponowane przez Francuzów nowe regulacje grożą upadkiem tysięcy polskich firm i utratą wielu tysięcy miejsc pracy.

CZYTAJ KOMENTARZ: Murarz a sprawa europejska

Co więcej, nie czekając na zaostrzenie przepisów unijnych, Niemcy i Francja wprowadziły ostre regulacje lokalne: MiLoG i wspomniane Loi Macron. Narzucają one wszystkim firmom nowe, wyśrubowane płace minimalne oraz wprowadzają wiele uciążliwych wymogów, np. utrzymywania dokumentacji w miejscowym języku i obowiązku posiadania przedstawicielstwa. Polskie firmy skarżą się też na dodatkowe normy techniczne i certyfikaty, a także na częste kontrole i kary sięgające setek tysięcy euro. W efekcie praca za granicą staje się nieopłacalna.

Firmom znad Wisły wciąż zarzuca się „dumping”, czyli zaniżanie cen. W tym tygodniu argumentu tego użył znów Macron. Jednak badania przeprowadzone przez dr. Marka Benio z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie dowodzą, iż jest to argument nieprawdziwy. Polscy pracownicy delegowani zarabiają więcej, niż wymaga prawo kraju, w którym wykonują zlecenie (w 2015 r. było to 10 euro netto za godzinę). Nasze firmy ponoszą przy tym wysokie koszty związane z wykonywaniem usług na obczyźnie.

Ekspansja polskich firm nie wynika z faktu, że ich usługi są śmiesznie tanie, tylko z tego, że innych usługodawców - hydraulików, budowlańców - po prostu nie ma. - Potwierdzają to w raporcie Ministerstwo Gospodarki i Ministerstwo Finansów Francji, przyznając, że głównym powodem zapotrzebowania Francuzów na pracowników delegowanych, m.in. z Polski, jest brak wykwalifikowanej lokalnej siły roboczej - zauważa dr Benio.

Polscy pracownicy cieszą się na Zachodzie dużym wzięciem, bo w ciągu kilkunastu lat wyrobili sobie markę solidnych i pracowitych. Są wyraźnie drożsi od Rumunów i Bułgarów, ale wysoko wykwalifikowani, co gwarantuje pożądaną przez wymagających klientów jakość.

Tak, ale - czyli nie

Swoboda przepływu pracowników i usług jest - przynajmniej na papierze i w deklaracjach - jednym z fundamentów Unii Europejskiej. Każdy obywatel wspólnoty może się po niej poruszać jak po własnym kraju. Podobnie powinno być z wykonywaniem pracy: teoretycznie nie ma znaczenia, czy mieszkaniec Dąbrowy Tarnowskiej podejmuje ją w Krakowie, Warszawie, Berlinie bądź Paryżu.

- W praktyce podejście do swobody przepływu usług w państwach takich jak Niemcy, Francja czy Belgia od lat się nie zmienia: są one na „tak, ale”, przy czym po „ale” następuje tak długa litania wyjątków i wyłączeń, że na końcu „tak” przechodzi w jednoznaczne „nie”. Chyba że to niemieccy, francuscy czy belgijscy usługodawcy mieliby korzystać ze swobody przepływu usług. Wtedy wszystko byłoby w porządku - mówi Piotr Wołejko, ekspert Pracodawców RP.

Dodaje, że politycy z tych krajów - i to nie żadni nacjonaliści czy populiści, tylko tradycyjni liberałowie, chadecy i socjaldemokraci - walczą ze swobodnym przepływem usług i pracowników przy pomocy przepisów o płacy minimalnej, piętrzenia biurokratycznych wymogów i kosztów. Strategię tę zastosowali m.in. przeciwko polskim firmom przewozowym, które w ciągu dekady wyrosły na unijną potęgę w sektorze międzynarodowego transportu drogowego (152 tys. tirów).

- Od kilkunastu miesięcy rządy Francji i Niemiec prowadzą przeciwko polskim przewoźnikom wielowymiarową kampanię, która w oczywisty sposób jest sprzeczna z prawem europejskim - twierdzi Piotr Wołejko.

Wymyślony przez Francuzów mityczny „polski hydraulik” stał się w całej zachodniej UE symbolem zagrożenia dla tamtejszych fachowców. Politycy ożywiają go przy okazji każdej kampanii wyborczej. Tak jest teraz we Francji.

To byłby koniec Unii

Krakowianin Jarosław Schwarz jest szefem Stowarzyszenia Inicjatywa Mobilności Pracy, broniącego prawa do swobodnego przepływu pracowników. Od miesięcy alarmuje, że zmiany w dyrektywie o delegowaniu forsowane przez Komisję Europejską pod naciskiem związków zawodowych i wspierających ich socjalistycznych polityków we Francji, Belgii, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech i Włoszech, doprowadzą do wyrzucenia z unijnego rynku nie tylko polskich kierowców czy budowlańców, ale w ogóle wszystkich pracowników.

- To jest wojna o przyszłość Polski i całej Unii Europejskiej - ostrzega Schwarz.

Dr Marek Benio z krakowskiego Uniwersytetu Ekonomicznego tłumaczy, że konkurencyjność polskich firm rośnie, bo pracują lepiej za nieco mniejsze pieniądze. Część lokalnych zachodnich przedsiębiorców poczuła się tym zagrożona i zamiast się modernizować, dostosować do wymogów rynku, wolą wprowadzać prawne bariery, które wyeliminują polską konkurencję.

Zauważa, że proponując (pod wpływem nacisków kilku państw i związków zawodowych) zaostrzenie dyrektywy o delegowaniu pracowników, Komisja Europejska założyła, że lokalni usługodawcy (np. z Francji) ponoszą wyższe koszty zatrudnienia pracowników niż obcy (np. z Polski). - Tymczasem żadne badania tego nie potwierdzają. Wszystkie wskazują natomiast, że delegowanie usług i pracowników przynosi korzyści przede wszystkim gospodarkom krajów przyjmujących, czyli na pracy Polaków korzysta w pierwszym rzędzie Francja - kwituje naukowiec.

zbigniew.bartus@dziennik.krakow.pl

Zbigniew Bartuś


Dziennikarz, publicysta, felietonista Dziennika Polskiego (na pokładzie od 1992 roku) i mediów Polska Press Grupy, współtwórca i koordynator Forum Przedsiębiorców Małopolski, laureat kilkudziesięciu nagród i wyróżnień dziennikarskich (w tym Wolności Słowa, Dziennikarz Ekonomiczny Roku, Nagroda Główna NBP, Nagroda Grabskiego, Nagroda Kwiatkowskiego, Grand Prix Dziennikarzy Małopolski, nominacje do Grand Press).


 

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.